Hej
Dzisiaj będzie trochę o moich włosach. Jednak nic na temat pielęgnacji, a pare słów na temat koloryzacji.
Latem napaliłam się jak nigdy na zmianę koloru. Szukałam więc w sieci czegoś odpowiedniego. . Wiedziałam od razu, że w grę nie wchodzą brązy. Wybór padł na ombre.
Nie chciałam ryzykować i na ten pierwszy raz wybrałam się do polecanego przez siostrę fryzjera. Pojechałam więc do Wrocławia. Efekt nie był do końca taki, jakiego się spodziewałam. Nie było jednak tragedii, ale w ogólnym rozrachunku było ok. Tak minęły dwa miesiące, kolor zrobił się nijaki i trzeba było pomyśleć o kolejnej wizycie w zakładzie.
Nie uśmiechało mi się jednak jechać po raz kolejny sześćdziesiąt kilometrów i wydawać pareset złotych na odświeżenie odrostu. Stwierdziłam, że dla każdego fryzjera będzie łatwizną kontynuacja wcześniej prawidłowo wykonanej koloryzacji. W chwili mojej słabości zadzwoniła do mnie koleżanka, która musiała pilnie wyjechać z kraju. Od słowa do słowa okazało się, że ma wizytę u fryzjera, ale z braku czasu pofarbowała się sama. Było więc wolne miejsce. Wzięłam od koleżanki namiary na miejscowego fryzjera i zamiast niej na fotelu w salonie zasiadłam ja:)
Pan fryzjer podczas koloryzacji opowiadał o swoich osiągnięciach, o misji jaką spełnić musi i tego typu pierdołach. Po dwóch godzinach przyszedł wreszcie moment , na który czaka każda kobieta siedząc na fotelu w salonie fryzjerskim.Zmycie farby i ułożenie fryzury- efekt końcowy.
Usiadłam przed lustrem analizując kolor . Po suszeniu myślałam , że się rozpłaczę. Pan fryzjer zrobił mi paski z ciemnej farby na blond włosach. Wyglądałam jak zebra! Zwróciłam mu uwagę. On stwierdził, że przesadzam- tego przecież nie widać. Dobrze, że obok mnie siedziała kobieta, która z politowaniem przyznała mi rację. Pan artysta zaczął coś mruczeć pod nosem, maznął mi jakąś farbą po tym brązowym przejściu dla pieszych i wypuścił mnie tak na zewnątrz. Nie obniżył nawet ceny. Pozwolił mi zatrzymać wsuwkę do włosów , bo przecież czymś musiał poprzyczepiać mi folię na głowie. Myślałam , że spalę się ze wstydu, kiedy wyszłam z tego pożal się Boże Atelier . Najgorsze było jednak przede mną . Po powrocie do domu wszyscy po kolei wybuchli śmiechem. Wyglądałam jak skunks- miałam do połowy włosów ciemny odrost, niepostopniowany. Masakra- bo tylko tak to można określić.
Już wtedy wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Odczekałam trzy tygodnie i wzięłam się za rozjaśnianie tego dziadostwa. Za pierwszym razem- nic, za drugim razem- żółtko, za trzecim- to samo. Byłam załamana. Zaczęłam więc szukać farby, która pomoże mi się uporać z tym czymś na głowie. Wybór padł na Alfaparf 11.11 z serii EVOLUTION oraz oksydant 12%.
Farbę wymieszałam z utleniaczem w proporcji 1:2 , trzymając na włosach 50 minut. 10 min przed końcem farbę rozprowadziłam po całości włosów , żeby kolor był jednolity. Następnego dnia użyłam jeszcze IGORA Expert Mousse 9,5- 1 ze Schwarzkopf`a ( recenzja będzie pewnie niebawem) , żeby wydobyć jeszcze bardziej zimny odcień blondu. I oto stała się jasność:))
Po Alfaparfie 11.11 moje włosy są w bardzo dobrej kondycji. Nie wiem o co chodzi, ale włosów wypada mi jakoś tak mniej. Po umyciu łatwo się rozczesują. Jestem przeogromnie zadowolona. Wreszcie znalazłam swoją farbę, do której mogę wracać. Mam włosy, które bardzo ciężko się rozjaśniają, a to cudeńko spisało się na piątkę z plusem. To tyle na dzisiaj .Efekty oceńcie sami:))
Pozdrawiam
Martyna
SmookyLoverin
Ps. A Wy jakich farb używacie do rozjaśnienia waszych włosów?
Macie coś sprawdzonego?
Gdyby alfaparfu miało zabraknąć- warto mieć coś w zanadrzu:))
Dzisiaj będzie trochę o moich włosach. Jednak nic na temat pielęgnacji, a pare słów na temat koloryzacji.
Latem napaliłam się jak nigdy na zmianę koloru. Szukałam więc w sieci czegoś odpowiedniego. . Wiedziałam od razu, że w grę nie wchodzą brązy. Wybór padł na ombre.
Nie chciałam ryzykować i na ten pierwszy raz wybrałam się do polecanego przez siostrę fryzjera. Pojechałam więc do Wrocławia. Efekt nie był do końca taki, jakiego się spodziewałam. Nie było jednak tragedii, ale w ogólnym rozrachunku było ok. Tak minęły dwa miesiące, kolor zrobił się nijaki i trzeba było pomyśleć o kolejnej wizycie w zakładzie.
Nie uśmiechało mi się jednak jechać po raz kolejny sześćdziesiąt kilometrów i wydawać pareset złotych na odświeżenie odrostu. Stwierdziłam, że dla każdego fryzjera będzie łatwizną kontynuacja wcześniej prawidłowo wykonanej koloryzacji. W chwili mojej słabości zadzwoniła do mnie koleżanka, która musiała pilnie wyjechać z kraju. Od słowa do słowa okazało się, że ma wizytę u fryzjera, ale z braku czasu pofarbowała się sama. Było więc wolne miejsce. Wzięłam od koleżanki namiary na miejscowego fryzjera i zamiast niej na fotelu w salonie zasiadłam ja:)
Pan fryzjer podczas koloryzacji opowiadał o swoich osiągnięciach, o misji jaką spełnić musi i tego typu pierdołach. Po dwóch godzinach przyszedł wreszcie moment , na który czaka każda kobieta siedząc na fotelu w salonie fryzjerskim.Zmycie farby i ułożenie fryzury- efekt końcowy.
Usiadłam przed lustrem analizując kolor . Po suszeniu myślałam , że się rozpłaczę. Pan fryzjer zrobił mi paski z ciemnej farby na blond włosach. Wyglądałam jak zebra! Zwróciłam mu uwagę. On stwierdził, że przesadzam- tego przecież nie widać. Dobrze, że obok mnie siedziała kobieta, która z politowaniem przyznała mi rację. Pan artysta zaczął coś mruczeć pod nosem, maznął mi jakąś farbą po tym brązowym przejściu dla pieszych i wypuścił mnie tak na zewnątrz. Nie obniżył nawet ceny. Pozwolił mi zatrzymać wsuwkę do włosów , bo przecież czymś musiał poprzyczepiać mi folię na głowie. Myślałam , że spalę się ze wstydu, kiedy wyszłam z tego pożal się Boże Atelier . Najgorsze było jednak przede mną . Po powrocie do domu wszyscy po kolei wybuchli śmiechem. Wyglądałam jak skunks- miałam do połowy włosów ciemny odrost, niepostopniowany. Masakra- bo tylko tak to można określić.
![]() |
| Paleta kolorów na mojej głowie |
![]() |
| Odrost przy sztucznym świetle |
![]() |
| Włosy w świetle dziennym |
Już wtedy wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Odczekałam trzy tygodnie i wzięłam się za rozjaśnianie tego dziadostwa. Za pierwszym razem- nic, za drugim razem- żółtko, za trzecim- to samo. Byłam załamana. Zaczęłam więc szukać farby, która pomoże mi się uporać z tym czymś na głowie. Wybór padł na Alfaparf 11.11 z serii EVOLUTION oraz oksydant 12%.
Farbę wymieszałam z utleniaczem w proporcji 1:2 , trzymając na włosach 50 minut. 10 min przed końcem farbę rozprowadziłam po całości włosów , żeby kolor był jednolity. Następnego dnia użyłam jeszcze IGORA Expert Mousse 9,5- 1 ze Schwarzkopf`a ( recenzja będzie pewnie niebawem) , żeby wydobyć jeszcze bardziej zimny odcień blondu. I oto stała się jasność:))
Po Alfaparfie 11.11 moje włosy są w bardzo dobrej kondycji. Nie wiem o co chodzi, ale włosów wypada mi jakoś tak mniej. Po umyciu łatwo się rozczesują. Jestem przeogromnie zadowolona. Wreszcie znalazłam swoją farbę, do której mogę wracać. Mam włosy, które bardzo ciężko się rozjaśniają, a to cudeńko spisało się na piątkę z plusem. To tyle na dzisiaj .Efekty oceńcie sami:))
Pozdrawiam
Martyna
SmookyLoverin
Ps. A Wy jakich farb używacie do rozjaśnienia waszych włosów?
Macie coś sprawdzonego?
Gdyby alfaparfu miało zabraknąć- warto mieć coś w zanadrzu:))










