Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

Invisi Bobble - Ideał ?

Hej,
Przyszła pora na krótką recenzję Invisi Bobble, czyli krótko mówiąc gumek do włosów z tworzywa.
Trafiłam na nie przypadkiem przeglądając jeden ze sklepów internetowych. Do koszyka dodałam więc jedno opakowanie , w którym znajdują się trzy gumeczki dostępne w paru kolorach. Ja wybrałam te w błękitnym odcieniu.


Co o Invisibobble mówi producent:

"Invisibobble rewolucyjna gumka do włosów, która nie ciągnie i nie wyrywa ich. Jest bardzo trwała i estetyczna dostępna w wielu kolorach, idealna do każdego rodzaju włosów. Nie ściska włosów ciasno, dzięki czemu nie powoduje bólu tuż przy skórze głowy, co jest częste podczas używania tradycyjnych gumek. Może być noszona również jako bransoletka, estetycznie okalając nadgarstek.
Projekt gumki Invisibobble powstał w oparciu o konstrukcję zwykłego przewodu od tradycyjnej słuchawki telefonicznej. Sprężynowa budowa gumki sprawia, że ciasno utrzymuje ona włosy, ale nie powoduje ściskania ich i nie tworzy widocznych śladów, tak jak to jest w przypadku tradycyjnych gumek do włosów. Dzięki tej właściwości gumki Invisibobble są delikatne dla struktury włosów i nie niszczą ich.
Wykonane z delikatnego tworzywa, wodoodpornego i wytrzymałego, nie posiadają metalowych spojeń, które często bywają przyczyną wyrywania i ciągnięcia kosmyków podczas zdejmowania i noszenia tradycyjnych gumek do włosów. Dzięki tej łagodności, noszenie końskiego ogona przez cały dzień nie powoduje dyskomfortu dla skóry i bólu w okolicy skalpu.
Oryginalny wgląd i design gumki sprawia, że jest ona wspaniałą ozdobą, nie tylko na włosach, ale także wokół nadgarstka.
Jedna gumka Invisibobble może służyć codziennie nawet przez ponad rok czasu."



Do ich zakupu przekonał mnie opis , a w zasadzie jego fragmenty podkreślone kolorem:)
Najbardziej w klasycznych gumkach denerwują mnie charakterystyczne odgniecenia włosów , w miejscu wcześniej noszonej gumki . Związywanie włosów było więc dla mnie możliwe jedynie w dzień mycia włosów.
Co myślę o nich ja?:

Plusy:



  • Największą ich zaletą jest brak wspomnianych  przeze mnie odgnieceń. Włosy Nie odkrztałcają się w żaden sposób, co mnie bardzo cieszy.Wreszcie mogę nosić gumki zaraz po zrobieniu fryzury.
  • Ciekawie wyglądają. 
  • Rzeczywiście nie powoduje bólu tuż przy skórze głowy  podczas wysokich  upięć.
  • Dla mnie genialne jest to, że są wodoodporne. Nawet, kiedy gumka wpadnie mi do umywalki , mogę ją wysuszyć w kilka sekund. 


Minusy:



  • Podczas zdejmowania gumki dosłownie wyrywam sobie włosy. Nie jest tego sporo, ale jednak jest. Muszę je bardzo delikatnie zdejmować, co mnie trochę denerwuje. 
  • Po czasie gumeczki nie trzymają już tak dobrze włosów. Rozciągają się. 
  • Cena- 13 zł/3 szt.



Podsumowując;  Nie jest to rzecz, bez której nie wyobrażam sobie życia, ale warto spróbować . Gdyby nie ciągnęła mi tak włosów określiłabym ją moim wielkim ulubieńcem:).
Pozdrawiam
Martyna






niedziela, 2 listopada 2014

Alfaparf 11.11, czyli mój sposób na blond...

Hej
Dzisiaj będzie trochę o moich włosach. Jednak nic na temat pielęgnacji, a pare słów na temat koloryzacji


Latem napaliłam się jak nigdy na zmianę koloru. Szukałam więc w sieci czegoś odpowiedniego. . Wiedziałam od razu, że w grę nie wchodzą  brązy. Wybór padł na ombre.
Nie chciałam ryzykować i na ten pierwszy raz wybrałam się do polecanego przez siostrę fryzjera. Pojechałam więc do Wrocławia. Efekt nie był do końca taki, jakiego się spodziewałam. Nie było jednak tragedii, ale w ogólnym rozrachunku było ok. Tak minęły dwa miesiące, kolor zrobił się nijaki i trzeba było pomyśleć o kolejnej wizycie w zakładzie. 
Nie uśmiechało mi się jednak jechać po raz kolejny sześćdziesiąt kilometrów i wydawać pareset złotych  na odświeżenie odrostu. Stwierdziłam, że dla każdego fryzjera będzie łatwizną kontynuacja wcześniej prawidłowo wykonanej koloryzacji. W chwili mojej słabości zadzwoniła do mnie koleżanka, która musiała pilnie wyjechać z kraju. Od słowa do słowa okazało się, że ma wizytę u fryzjera, ale z braku czasu pofarbowała się sama. Było więc wolne miejsce. Wzięłam od koleżanki namiary na miejscowego fryzjera i  zamiast niej na fotelu w salonie zasiadłam ja:)
Pan fryzjer podczas koloryzacji opowiadał o swoich osiągnięciach, o misji jaką spełnić musi i tego typu pierdołach. Po dwóch godzinach przyszedł wreszcie moment , na który czaka każda kobieta siedząc na fotelu w salonie fryzjerskim.Zmycie farby i ułożenie fryzury- efekt końcowy
Usiadłam przed lustrem analizując kolor . Po suszeniu myślałam , że się rozpłaczę. Pan fryzjer zrobił mi paski z ciemnej farby na blond włosach. Wyglądałam jak zebra! Zwróciłam mu uwagę. On stwierdził, że przesadzam- tego przecież nie widać. Dobrze, że obok mnie siedziała kobieta, która z politowaniem przyznała mi rację. Pan artysta zaczął coś mruczeć pod nosem, maznął mi jakąś farbą po tym brązowym przejściu dla pieszych i wypuścił mnie tak na zewnątrz. Nie obniżył nawet ceny. Pozwolił mi zatrzymać wsuwkę do włosów , bo przecież czymś musiał poprzyczepiać mi folię na głowie. Myślałam , że spalę się ze wstydu, kiedy wyszłam z tego pożal się Boże Atelier . Najgorsze było jednak przede mną . Po powrocie do domu wszyscy po kolei wybuchli  śmiechem. Wyglądałam jak skunks- miałam do połowy włosów ciemny odrost, niepostopniowany. Masakra- bo tylko tak to można określić. 
 Paleta kolorów na mojej głowie

Odrost przy sztucznym świetle

Włosy w świetle dziennym

Już wtedy wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Odczekałam trzy tygodnie i wzięłam się za rozjaśnianie tego dziadostwa. Za pierwszym razem- nic, za drugim razem- żółtko, za trzecim- to samo. Byłam załamana. Zaczęłam więc szukać farby, która pomoże mi się uporać z tym czymś na głowie. Wybór padł na Alfaparf 11.11  z serii EVOLUTION oraz oksydant 12%.  





Farbę wymieszałam z utleniaczem w proporcji 1:2 , trzymając na włosach 50 minut. 10 min przed końcem farbę rozprowadziłam po całości włosów , żeby kolor był jednolity. Następnego dnia użyłam jeszcze IGORA Expert Mousse 9,5- 1 ze Schwarzkopf`a ( recenzja będzie pewnie niebawem) , żeby wydobyć jeszcze bardziej zimny odcień blondu. I oto stała się jasność:)) 



Po Alfaparfie 11.11 moje włosy są w bardzo dobrej kondycji. Nie wiem o co chodzi, ale włosów wypada mi jakoś tak mniej. Po umyciu łatwo się rozczesują. Jestem przeogromnie zadowolona. Wreszcie znalazłam swoją farbę, do której mogę wracać. Mam włosy, które bardzo ciężko się rozjaśniają, a to cudeńko spisało się na piątkę z plusem. To tyle na dzisiaj .Efekty oceńcie sami:)) 

Pozdrawiam 
Martyna
SmookyLoverin
Ps. A Wy jakich farb używacie do rozjaśnienia waszych włosów?
Macie coś sprawdzonego?
Gdyby alfaparfu miało zabraknąć- warto mieć coś w zanadrzu:))


środa, 8 stycznia 2014

Joanna-Peeling z ekstraktem z bzu, czyli jak poczułam wiosnę w środku zimy;)

Zapach bzu to dla mnie dzieciństwo i okres szkoły średniej. Jako mała dziewczynka na każdym możliwym spacerze zrywałam gałązki i układałam je z mamą skrupulatnie w wazonie. W szkole średniej w okresie kwitnienia bzu droga do szkoły przepełniona była białą i fioletową odmianą tej rośliny. Cudnie spacerowało się tą uliczką w ciepły dzień. Promienie słońca przeplatane delikatnym powiewem wiatru i ten cudny zapach bzu. Nie było innej opcji- po takim spacerze dzień zawsze był udany!:)

Skąd u mnie takie wspomnienia w środku zimy?:) Otóż całym sprawcą powrotu do przeszłości jest piękna pogoda i peeling z joanny. Tym razem szukałam czegoś zamiast scrubu z The Body Shop o którym pisałam tutaj. Nie chciałam ryzykować i po raz kolejny wydawać pieniędzy na coś co po jednym użyciu schowam gdzieś na dnie szafki w łazience. Padło na Joannę- Z apteczki babuni- Peeling wygładzający z ekstraktem z bzu. Cena- 12,90 zł jest według mnie bardzo przystępna , więc nie zastanawiałam się długo i zamówiłam go "w ciemno". To była świetna decyzja.


* Przezroczyste, plastikowe opakowanie, dzięki któremu widzimy        ilość zużytego kosmetyku
* Wygodny słoiczek- produkt można zużyć do samego końca
* Kolorystyka utrzymana w tonacji bieli i fioletu- bardzo kobieca
* Piękny zapach- według mnie nie ma w nim nic chemicznego

Po krótkim wstępie mogę przejść do konkretów. Peeling ma konsystencję galaretki. Przeznaczony jest raczej do użycia podczas kąpieli na wilgotną skórę. Z galaretki zmienia się wtedy w pieniący balsam peelingujący:) Ja używam go na sucho- wtedy ma jeszcze lepsze właściwości ścierające. Po uzyciu skóra jest gładka, doskonale przyjmuje kosmetyki pielęgnacyjne. Jest jakby bardziej jędrna i odświeżona. Niestety zapach nie utrzymuje się długo na ciele i to jest dla mnie dużą wadą. Mógłby ze mną zostać na cały dzień:). 
              
            





                          
Jeśli tak jak ja uwielbiasz zapach bzu- jest to na pewno coś dla Ciebie. Owszem, ma pare wad : mógłby być bardziej gęsty, zapach mógłby utrzymywać się dłużej, ale w ogólnym rozrachunku jest to świetny kosmetyk za niewielką cenę. Spełnia swoją funkcję. Dla mnie trafia na moją listę KWC. Na pewno nie raz do niego wrócę. Już przymierzam się do zakupu balsamu Joanny z tej samej serii. Polecam!




sobota, 14 grudnia 2013

Recenzja HEMP HAND PROTECTOR - Moje KWC wśród kremów do rąk...

Po raz kolejny pojawiam się na blogu z kosmetykiem The Body Shop :) Tym razem w roli głównego bohatera występuje krem do rąk. Hemp Hand Protector to dla mnie niewątpliwie największe KWC jeśli chodzi o pielęgnacje dłoni. Muszę przyznać, że próbowałam już na prawdę tylu kremów  i za każdym razem znajdowałam jakieś mankamenty, które sprawiały, że swojego pewniaka szukałam aż do teraz. Przez przypadek trafiłam na tą pozycję przy okazji kupna mojego masła żurawinowego (recenzja tutaj: http://smookyloverin.blogspot.de/2013/12/recenzja-body-shop-cranberry-joy-maso-i.html ) . Ekspedientka poradziła mi, żebym spróbowała, bo to dobry kosmetyk dla na prawdę przesuszonej skóry dłoni. Na początku wahałam się, bo 10 euro za krem do rąk to już chyba lekka przesada.Zaryzykowałam i się nie zawiodłam.
Jest bardzo gęsty - na zdjęciu poniżej możecie zauważyć, że ma konsystencję dosyć zwartej pasty. Bardzo szybko się wchłania pozostawiając delikatną warstwę chroniącą skórę. Przez swoją konsystencję jest bardzo wydajny.Dzięki zawartości olejku z nasion marihuany ma dużą zawartość kwasów tłuszczowych, co wpływa na jego silne właściwości nawilżające. Regularnie stosując widzę znaczną poprawę w stanie moich dłoni. Dla mnie jest to kosmetyk warty polecenia.Uważam , że można się w nim zakochać. Jeęli jednak oczekujecie od kosmetyku cudownego zapachu- niestety tu się zawiedziecie-no chyba , że lubicie zapach konopii lub  ziołowe klimaty. Tutaj są one bardzo wyczuwalne i na początku dosyć mocno drażniła mnie ta woń  , ale działanie rekompensuje mi tę drobną wadę kosmetyku.
Do wyboru macie 30 ml za 6 euro lub 100 ml ( które ja kupiłam- bo się opłaca:)) za 12 euro.
Z czystym sumieniem polecam!

środa, 11 grudnia 2013

Recenzja The Body Shop Cranberry Joy- Masło i scrub z serii żurawinowej.

Wielkimi krokami nadchodzą święta. Pomimo radości jaką daje mi ten okres, niewątpliwie zawsze mam nerwówkę przed samą wigilią, bo zawsze mam problem z pomysłem na prezenty dla najbliższych. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale z łatwością dobiorę coś odpowiedniego dla mojej mamy czy siostry, ale już męska część mojej rodziny to dla mnie ogromne wyzwanie. Do tej pory nie mam pojęcia, jakim prezentem obdarować mojego tatę, a już w szczególności nic nie przychodzi mi do głowy jeśli chodzi o prezent dla mojego faceta. Nie mam ułatwienia, ponieważ obaj mają mnóstwo perfum, nie są przekonani do jakiejkolwiek pielęgnacji, obaj uważają , że wszystko mają,  a ja uważam , że się załamię- bo mam pustkę w głowie i nie wiem  co im kupić:)) No cóż- mam jeszcze dwa tygodnie , więc nie tracę nadziei:))
Jedno jest pewne- wiem jak sprawić prezent sobie .W  drogerii, perfumerii lub gdziekolwiek spotkać mogę kosmetyki czuję się cudownie. Jak w transie przeglądam, wącham i wmawiam sobie, że to czy tamto będzie mi do życia potrzebne:) Słabo robi mi się dopiero przy kasie , ale w domu rekompensatą mojej depresji jest możliwość testowania moich zdobyczy. Zazwyczaj po tygodniu znów jestem na głodzie :P. 





Tak też pare dni temu wybrałam się do Nordwestzentrum we Frankfurcie a konkretnie do znajdującego się tam "The Body Shop`u" . Chciałam kupić jakieś masło do ciała- w sumie nic konkretnego nie miałam na myśli. Świąteczny nastrój sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad waniliowym i żurawinowym zapachem. Padło na to drugie- zakochałam się od pierwszego powąchania:) Zdecydowanie wolę świeżą nutę zapachową. Jako, że pani sprzedawczyni poinformowała mnie o promocji " kup jeden kosmetyk- na drugi dostaniesz - 50%" do masła na przetestowanie wzięłam żurawinowy scrub do ciała - niestety nie sprawdziłam jego konsystencji i dopiero pod prysznicem stwierdziłam , że zakup nie bardzo mi się opłacił. 




Masełko o pojemności 200 ml kosztowało mnie ok 11 euro . Ma piękny , świeży zapach w słodkiej tonacji, trochę winny  - orzeźwiający. Mnie bardzo przypadło do gustu. Jego aksamitna konsystencja sprawia,że jest bardzo wydajne, a co najważniejsze ( dla mnie to bardzo duża zaleta) zapach długo utrzymuje się na ciele. Zauważyłam, że następnego dnia skóra aż do wieczora jest bardzo przyjemna w dotyku, także osobiście odczuwam nawilżający aspekt masełka. Jedyną wadą jaką znalazłam jest niewątpliwie cena. 


Scrub z tej samej serii to już dla mnie niestety duże rozczarowanie. W żaden sposób nie zauważyłam, żeby spełniał swoją funkcję- nie odczuwam na ciele w żaden sposób drobinek.  Ma dosyć wodnistą konsystencję , trochę jak żel do mycia twarzy z drobinkami peelingującymi-może nawet trochę bardziej "lejącą":)Jedyny pozytyw za to, że po jego zastosowaniu w połączeniu z masłem zapach jest jeszcze bardziej wyczuwalny i według mnie dłużej utrzymuje się na ciele. Łatwo się spłukuje. Za te pieniądze jednak nie kupiłabym go ponownie- zdecydowanie w tej kategorii cenowej znaleźć można coś znacznie lepszego. 
Podsumowując: Jeśli ktoś dysponuje większą ilością pieniążków i lubi tego typu zapachy- jak najbatrdziej polecam masełko. Wśród wielu z Was widziałam opinie, że zapach nie przypadł co niektórym do gustu- więc zawsze warto skorzystać z testerów w TBS, żeby dobrać coś odpowiedniego dla siebie.  
                                                                         Pozdrawiam:)

poniedziałek, 27 maja 2013

Witajcie,
Już od ponad roku nie napisałam tu żadnego posta. Zmiana miejsca zamieszkania i pracy pochłonęły mnie na tyle, że dopiero w tej chwili mogę na spokojnie powrócić do blogowania. Mam tyle do napisania i w sumie długo zastanawiałam się od czego mam zacząć. Może na początek coś o moich aktualnych szminkach w kolorach Nude.
Muszę przyznać, że uwielbiam pomadki i błyszczyki w cielistych odcieniach. Jestem blondynką i moją ulubioną formą makijażu są mocniej podkreślone oczy i usta delikatnie pomalowane jaśniejszą szminką. W takim zestawieniu czuję się najlepiej, ale ostatnio zaczęłam eksperymentować z kolorami i zakupiłam pare pomadek w bardziej wyrazistych kolorach- ale o tym w innym poście.

Większość moich szminek zostało kupionych w Niemczech w drogerii DM. Zarówno Catrice jak i p2 są dla mnie świetnymi kosmetykami za nieduże pieniądze. Mają dobre krycie, kremową konsystencję i ładny zapach. Długo utrzymują się na ustach, ale trzeba przy nich pamiętać o dobrej pielęgnacji ust, bo szminki Nude mają to do siebie, że widać w nich suche skórki. Nie ma co nakładać ich za dużo na usta, bo lubią się "zbierać" po czasie. Ja jestem im jednak wierna i za te pieniądze są to dla mnie najlepsze jak dotąd pomadki do ust:)) Polecam je z czystym sumieniem!


1) Ultimate Colour - Hey Nude- nr. 240- Catrice- Kremowa szminka o mocnym kryciu. Kolor tej szminki określiłabym jako beż wpadjący w róż. Ma bardzo przyjemny owocowy zapach i długo utrzymuje się na ustach. Cen niestety nie pamiętam, ale w sklepach internetowych można ją kupić za ok. 17 zł

2) Sheer Glam-Flashdance- nr. 050- p2- Jedna z moich ulubionych pomadek tej wiosny. Ma śliczny brzoskwiniowy odcień, rozświetla twarz nadając jej zdrowy koloryt.  Koszt : 1,95 Euro w Dm

3) Pure Color- Rodeo Drive nr  010 -p2- Typowy nudziak. Uwielbiam tą szminkę, bo idealnie nadaje się do smoky eyes. Na jesień i zimię uwielbiam ją nosić na ustach. Podczas wizyt w DM robię sobie jej zapas, bo jest to szminka, której używam najczęściej. Koszt: ok 2 Euro w DM.

4) Pure Color - Karntner- strasse- nr 012 - p2- Mój najnowszy nabytek. Najciemniejsza ze wszystkich Nude jakie mam.Kolorem przypomina Hey Nude-  ale ta jest nieco ciemniejsza. Koszt - jak wszystkie z DM ok 2 Euro.

5)Ultimate Colour- Be Natural- nr -010 Catrice- To moja ulubiona szminka na dzień. Bardzo naturalna. Cena : 3,99 Euro DM

6) Rouge coco shine nr 437- Chanel- Jest piękna, kremowa, na ustach mieni się niczym błyszczyk. Nie ma tak dużego krycia jak powyższe szminki, ale wygląda cudnie na ustach-ma piękny kolor. Używam ją na większe wyjścia, bo jej cena niestety nie pozwala mi na codzienny makijaż z jej udziałem. Mój faworyt pośród wszystkich moich nudziaków. Nie uważam , że wysoka cena oznacza zawsze świetną jakość, ale w przypadku tej szminki muszę przyznać , że Chanel trafił z tą pomadką w samo sedno:)) Koszt ok 145 zł

A Wy macie swoje ulubione szminki w odcieniach Nude? Ich u mnie nigdy nie za wiele, więc wypróbuję wszystko:P






poniedziałek, 16 stycznia 2012

Przyjaciółki od serca:))

Dziś postanowiłam napisać coś na temat kosmetyków, które uwielbiam i których używam praktycznie codziennie. Nie kosztują dużo, a dużo potrafią zdziałać. Ale do sedna...:)


1. Puder UNIVERSE JOKO

Muszę powiedzieć, że z tym bronzerem polubiliśmy się od razu. Pamiętam, że po raz pierwszy zobaczyłam go u mojej siostry w kosmetyczce,przetestowałam.. i jestem mu wierna od tamtej pory.
Jak dla mnie jest to jeden z niewielu bronzerów , który sprawia, że błyskawicznie uzyskuję efekt opalonej skóry. Nie ma czerwonego pigmentu w sobie, co sprawia, że nie uzyskuję efektu "poparzenia słonecznego":D Puder jest wypiekany, jak dla mnie bardzo napigmentowany- dzięki czemu bardzo wydajny. Ja swój mam od czerwca i do tej pory nie zużyłam nawet połowy ( przy czym podkreślam, że stosuję go codziennie do konturowania twarzy oraz czasem na lato podkreślam nim delikatnie oczy). Dosyć przyjemny skład, według producenta odpowiedni nawet do cer problematycznych. Cena ok 30 zł/7g. Polecam!
Skład: Skład: Mica, Paraffinum Liquidum, Macademia Ternifolia (Macademia Nut) Seed Oil, Magnesium Aluminium Silicate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Polysorbate 20, Phenoxyethanol, Lilium Candidum (White Lily) Flower Extract, Misobutylparaben, Propylparaben, Glycerin, Dimethicone, Butylene Glycol, Aqua, Nylon-12, Cyclomethicone, Ethylparaben, Butylparaben, CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, Tin Oxide, Silica, Triethoxycaprylylsilane.






















I zdjęcie z neta:











2. Żelowa kredka do oczu - Super Shock- Avon


Jakoś nie mam przekonania do kosmetyków z Avonu, aczkolwiek tą kredką jestem zachwycona.... Uwielbiam ją za jej żelową konsystencję,mocny, głęboki czarny kolor oraz za trwałość na powiece. Może zastąpić eyeliner, może posłużyć jako cień, lub po prostu jako kredka sama w sobie:) Czy ma jakieś wady? A i owszem- jest mało wydajna. Przy codziennym stosowaniu moja koleżanka wykończyła ją w dwa miesiące. Ja używam jej jedynie do podkreślania zewnętrznego kącika oka, lub zamiennie z eyelinerem od czasu do czasu. Dla mnie warta swojej ceny.

Cena: Nie pamiętam- zapłaciłam ok 14 zł w promocji:)




















3. Synergen - puder w kompakcie

Jeśli ktoś szuka taniego i dobrego kosmetyku, który dobrze matuje i dosyć dobrze kryje- to Synergen jest kosmetykiem, który spokojnie mogę polecić. Ja używam go od paru lat z przerwami i nic nie mogę złego na jego temat powiedzieć. Oczywiście można się czepiać szczegółów, ale za tą cenę dla mnie nie są one istotne:)

Cena 6-7 zł


Powyżej pokazane kosmetyki, to mój niezbędnik- kosmetyki, do których wracam co jakiś czas i które w moim przypadku sprawdzają się w stu procentach:). Pozdrawiam i miłego wieczoru życzę:D

czwartek, 5 stycznia 2012

O paletkach Sleek słow kilka..

Jakiś misiąc temu kupiłam sobie moje pierwsze paletki ze Sleeka. Moja kosmetyczka została wzbogacona w Au Naturel, Oh so Special i Acid. Dwie pierwsze to bardzo naturalne zestawienie cieni, które można z powodzeniem stosować w codziennym makijażu, natomiast Acid to żarówki jak dla mnie idealne na imprezę lub na wieczór. Wiele dziewczyn zachwycają się tymi paletkami- ja natomiast mam mieszane odczucia i sama nie wiem co mam o nich mysleć. Z jednej strony są świetnie napigmentowane, podoba mi się układ kolorów i sama paletka wyposażona w lusterko pomocne przy makijażu całej twarzy. Niby jest tak idealna a jednak... Jedynym, aczkolwiek rażącym minusem jest w moim przypadku straszne osypywanie się cieni. Nie pomaga baza, otrzepywanie pędzelka- to się po prostu dzieje i tyle...Doszło do tego, że podporządkowałam się całkowicie tym cieniom- makijaż zaczynam od oka a podkład nakładam na samym końcu. Tego nie znoszę, ale co zrobić jak w ogólnym zarysie cała reszta jest bez zarzutu. Jeśli Wy macie jakiś sposób na Skleeka- będę wdzięczna za Wasze rady:)
Poniżej wklejam zdjęcia paletek i mój dzisiejszy makijaż oka robiony właśnie cieniami Sleek`a.:)

Dla informacji paletki składają się z dwunastu cieni o pojemości 1,1g. Cena: 28 zł/szt w sklepie internetowym.







Od lewej: Oh So Special; Au N aturel; Acid









Do makijażu użyłam:
-podkład: L`oreal True Match Srebrny
-Baza pod cienie: Catrice - Eye Shadow Base
-Cienie z Paletki Oh so Special oraz Au Naturel
-Wewnętrzny kącik oka: Cień my Secret Star Dust (1)
- czarna kredka Avon Super Shock




środa, 4 stycznia 2012

Kallos Crema al Latte - mleczny krem do włosów

Moje włosy są moim koszmarem. Przyznam się bez bicia-wzięłam je totalnie zdewastowałam:/Prostowanie, suszenie, rozjaśnianie i przedłużanie w przeciągu paru lat pozbawiło mnie połowy tego co na głowie miałam. Od pół roku zdecydowałam się powalczyć trochę i zrezygnowałam z tego co mi nie służy. Odstawiłam prostownicę, podcięłam włosy, przefarbowałam je na ciemny kolor( choć w tej chwili wróciłam do blondu-brązy niestety nie wszystkim służą:() Zaczęłam się interesować składem kosmetyków i dobierać takie, które nie obciążą mi włosów, a je nawilżą i odżywią. Oczywiście nie popadam też w przesadę, bo zdarza mi się kupić coś na próbę, lub umyć włosy szamponem z SLS:) Wszystko w granicach rozsądku. Ale do rzeczy...

Uwielbiam takie kosmetyki, które niewiele kosztują, a potrafią zdziałać cuda. Takie niepozorne małe perełki, które już po pierwszym użyciu wywołują uśmiech na twarzy i sprawiają, że po zużytym opakowaniu chce się po raz kolejny dany produkt kupić.
Dla mnie jedną z takich niepozornych perełek jest Mleczny krem do włosów-Kallos Crema al Latte. Gdyby nie przypadek- zrządzenie losu- pewnie nawet nie spojrzałabym na ten kosmetyk. Mam złe doświadczenia z tanimi kosmetykami, na które się zazwyczaj napalam , a potem wyrzucam do kosza. W tym jednak przypadku muszę przyznać- jestem tą maską zachwycona! Nie wiem jak Wy( a pewnie większość z Was tą maskę zna) , ale jest to jeden z niewielu produktów w tej cenie, który potrafił sprostać moim wymagającym włosom.


Zalety:
* Piękny zapach ( jak dla mnie to budyń kokosowy:))
*cena
*Skład
*Włosy są mięciutkie
*Włosy można po niej bez problemu rozczesać
*Nie obciąża włosów
*Wydajna- Mnie opakowanie 1000ml starcza na około 3 miesiące przy myciu włosów i stosowaniu maski co drugi dzień
*Włosy układa się po niej znacznie łatwiej

Wady
*Nadal dostępna jedynie w większych hurtowniach lub przez internet
*Włosy po miesiącu przyzwyczajają się do maski , więc trzeba ją co jakiś czas odstawiać


Skład:
Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Methosulfate, Parfum, Phenoxyethanol, Methyldibromo Glutaronitrile, Hydroxypropyltrimonium Hydrolized Casein, Citric Acid, Hydrolized Milk Protein, Methylchloroisothiazolinone, Sodium Cocoyl Glutamate, Methylisothiazolinone

Cena: Za 1500 ml- 13 zł w internetowej hurtowni.

Jak dla mnie jest to mój KWC do którego wracam już któryś raz z kolei. Przeglądając opinie na temat Crema al latte natrafiłam też na negatywy pod jej adresem, głównie z podkreśleniem na obciążanie włosów. Ja nic takiego u siebie nie zaobserwowałam. Dałam do testowania również koleżankom, które w tej chwili co pare miesięcy razem ze mną kupują tę maskę na zapas. Polecam z czystym sumieniem:)

Zdjęcie maski wklejone z z jakiejś strony. Moje wyszły niewyraźnie przez użycie lampy błyskowej:P

wtorek, 8 czerwca 2010

Midollo Di Bamboo – 4 kroki do doskonałości…


W ostatnim czasie miałam możliwość stosowania dwóch produktów Alfaparf z serii Midollo di Bamboo. Szampon i odżywka ( bo o nich mowa) to podstawowe dwa z czterech kroków w programie rekonstrukcji do zniszczonych włosów.

Już pierwsze użycie szamponu było dla mnie niezwykła przyjemnością.

Jego zapach przypomina woń świeżo skoszonej trawy, a to zasługa wyciągu ze szpiku bambusa. Ten specyficzny zapach można kochać do szaleństwa lub nienawidzić do bólu:)

Dostrzegłam znaczną różnicę w stosowaniu szamponu używanego ,,na salonach” , a tego kupionego w tradycyjnej drogerii. Midollo jest niezwykle wydajny , dobrze się pieni i świetnie oczyszcza włosy , przygotowując je tym samym do stosowania kolejnego kosmetyku. Efekt stosowania tego produktu to silniejsze , błyszczące włosy o pięknym długotrwałym zapachu i zdrowym wyglądzie.

Odżywkę nakładałam na wilgotne włosy, trzymając ją nawet nieco dłużej niż tylko pięć minut, ze względu na moje zniszczone prostowaniem końcówki.

Muszę przyznać, że w stu procentach spełniła moje oczekiwania . Już po pierwszym użyciu włosy ładnie się rozczesywały, były bardziej lśniące, gładkie ( przy czym nie obciążone , jak to czasem bywa) . Z każdym kolejnym użyciem maski włosy nabierały blasku, były bardziej elastyczne, świetnie się układały i nie plątały w ciągu dnia. Efekt utrzymywał się do następnego mycia, więc to długotrwałe korzyści.

Ogólnie rzecz biorąc gorąco polecam te dwa produkty, ale muszę zaznaczyć, że u mnie efekt był widoczny po zastosowaniu szamponu i odżywki. W pojedynkę można nie odczuć różnicy , bo każdy następny kosmetyk z serii Midollo di Bamboo jest następnym etapem w drodze regeneracji włosów. Jednym zdaniem- oba kosmetyki jak najbardziej spełniają swoje podstawowe zadanie…

Obseruj mnie na Bloglovin

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...