piątek, 31 października 2014

Kringle Candle & Yankee Candle po raz pierwszy...



Hej,
Długo zastanawiałam się jakim postem powrócić do blogosfery. Kosmetycznie będzie niebawem, ale dzisiaj coś dla ducha:).
Czytałam wiele pozytywnych recenzji świec Yankee i Kringle Candle. Długo nosiłam się z zamiarem zakupu, ale zawsze po drodze było coś ważniejszego. To w końcu tylko świeczka- myslałam. Teraz wiem, że w wielkim błędzie byłam.





Po raz pierwszy ze świecą YC zetknęłam się w Niemczech. Załatwiałam jakieś sprawy urzędowe. Okres poprzedający Boże Narodzenie.Na zewnątrz mróz, a w jednym z pokoi Ratusza niesamowity zapach świerku , mieszający się z delikatną nutą słodyczy. Na chwilę przeniosłam się do rodzinnego domu , a konkretnie do chwili ubierania choinki. Odpłynęłam na chwilę. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam święcę w szklanym słoju. Po powrocie do domu przepadłam w sieci. Szukałam świecy. Początkowo szokiem była dla mnie cena. W głowie mi się nie mieściło wydać tyle pieniędzy na świeczkę.
Mijały miesiące, aż do tej chwili, kiedy postanowiłam zaryzykować i kupić pare wosków. Na stronach internetowych zapachów jest mnóstwo! Oszaleć można. Niemal każdą chciałabym mieć u siebie. Postawiłam więc na nuty zapachowe, które są mi najbliższe- morskie akcenty, delikatne kwiatowe nuty, swiąteczne klimaty, las. 






Tego samego dnia zamawiałam farbę do włosów ( w innym sklepie) , oraz kilka kosmetyków.
Po dwóch dniach pojawił się u mnie kurier. Paczka solidnie zabezpieczona, a jednak dało się wyczuć delikatny , przyjemny zapach . Pomyślałam od razu, że być może szampon wylał się w paczce-. Wzięłam się za szybkie otwieranie. Zapach rozprzestrzenił się po  całym domu. To były woski. Stałam i wąchałam każdego z osobna rozpływając się przez dobrą godzinę:)).

Tak więc są już ze mną. Postanowiłam, że co jakiś czas wątki kosmetyczne przeplatane będą recenzjami wosków. Myślę, że zasługują na to by choć kilka słów o każdym z nich napisać:))
Pozdrawiam i Miłego dnia życzę

SmookyLoverin




środa, 8 stycznia 2014

Joanna-Peeling z ekstraktem z bzu, czyli jak poczułam wiosnę w środku zimy;)

Zapach bzu to dla mnie dzieciństwo i okres szkoły średniej. Jako mała dziewczynka na każdym możliwym spacerze zrywałam gałązki i układałam je z mamą skrupulatnie w wazonie. W szkole średniej w okresie kwitnienia bzu droga do szkoły przepełniona była białą i fioletową odmianą tej rośliny. Cudnie spacerowało się tą uliczką w ciepły dzień. Promienie słońca przeplatane delikatnym powiewem wiatru i ten cudny zapach bzu. Nie było innej opcji- po takim spacerze dzień zawsze był udany!:)

Skąd u mnie takie wspomnienia w środku zimy?:) Otóż całym sprawcą powrotu do przeszłości jest piękna pogoda i peeling z joanny. Tym razem szukałam czegoś zamiast scrubu z The Body Shop o którym pisałam tutaj. Nie chciałam ryzykować i po raz kolejny wydawać pieniędzy na coś co po jednym użyciu schowam gdzieś na dnie szafki w łazience. Padło na Joannę- Z apteczki babuni- Peeling wygładzający z ekstraktem z bzu. Cena- 12,90 zł jest według mnie bardzo przystępna , więc nie zastanawiałam się długo i zamówiłam go "w ciemno". To była świetna decyzja.


* Przezroczyste, plastikowe opakowanie, dzięki któremu widzimy        ilość zużytego kosmetyku
* Wygodny słoiczek- produkt można zużyć do samego końca
* Kolorystyka utrzymana w tonacji bieli i fioletu- bardzo kobieca
* Piękny zapach- według mnie nie ma w nim nic chemicznego

Po krótkim wstępie mogę przejść do konkretów. Peeling ma konsystencję galaretki. Przeznaczony jest raczej do użycia podczas kąpieli na wilgotną skórę. Z galaretki zmienia się wtedy w pieniący balsam peelingujący:) Ja używam go na sucho- wtedy ma jeszcze lepsze właściwości ścierające. Po uzyciu skóra jest gładka, doskonale przyjmuje kosmetyki pielęgnacyjne. Jest jakby bardziej jędrna i odświeżona. Niestety zapach nie utrzymuje się długo na ciele i to jest dla mnie dużą wadą. Mógłby ze mną zostać na cały dzień:). 
              
            





                          
Jeśli tak jak ja uwielbiasz zapach bzu- jest to na pewno coś dla Ciebie. Owszem, ma pare wad : mógłby być bardziej gęsty, zapach mógłby utrzymywać się dłużej, ale w ogólnym rozrachunku jest to świetny kosmetyk za niewielką cenę. Spełnia swoją funkcję. Dla mnie trafia na moją listę KWC. Na pewno nie raz do niego wrócę. Już przymierzam się do zakupu balsamu Joanny z tej samej serii. Polecam!




sobota, 4 stycznia 2014

Dermo Pharma Bio Serum kwas hialuronowy intensywne nawilżenie

Niedawno szukałam czegoś , co wzmocni działanie kremu i nawilży moją skórę nie przeciążając jej. Przeglądając ofertę jednej z aptek internetowych natknęłam się na to serum. Wcześniej nie miałam styczności z kosmetykami tej firmy i nie czytałam opinii na ich temat. Szczerze trochę zaufałam producentowi, który podkreślał właściwości nawilżające kosmetyku. Dałam się uwieść opakowaniu i wrzuciłam do koszyka właśnie to serum. 
Po miesiącu stosowania mogę wypowiedzieć się już na jego temat .


Zdaniem producenta:

"Efekt po kompletnej miesięcznej kuracji:
głębokie nawilżenie,
poprawa jędrności skóry,
łagodzenie zmian destrukcyjnych."

Moim zdaniem:

 Na pierwszy rzut oka od razu chce się go użyć. Piękny turkusowy szklany flakonik i pipetka, która znacznie ułatwia aplikację produktu.  Kosmetyk jest bezwonny, więc będzie odpowiedni dla osób, które nie przepadają za intensywnymi zapachami. Mnie perfumowane kosmetyki nie przeszkadzają- lubię być otulona ładnym zapachem:)  Ma bardzo lekką, wodnistą konsystencję ( widać to na zdjęciu) . Dobrze się rozprowadza, tworząc na twarzy "film", który błyskawicznie wchłania się w skórę , pozostawiając ją gładką, nawilżoną i w moim odczuciu jakby bardziej jędrną. Taki efekt jest możliwy dzięki dwuprocentowemu stężeniu kwasu hialuronowego.  Dobrze sprawdza się stosowany pod makijaż. Przy mojej mieszanej cerze bardzo dobrze spełnił swoje zadanie. Nawilżał miejsca, które tego potrzebowały i nie narobił szkód tam gdzie się ich obawiałam. Szczerze polecam
Cena za pojemność 15 ml-  ok. 32 zł

piątek, 3 stycznia 2014

Moim zdaniem - Matrix dla blondynek...

Witam wszystkich w Nowym Roku i przesyłam spóźnione życzenia Noworoczne :)) Niestety w ostatnim czasie miałam ograniczony dostęp do internetu, ale może to i dobrze, bo w święta skupiłam się na tym co najważniejsze- czyli na rodzinie:). Dziś jednak przychodzę do Was z kosmetykami, które obecnie testuję na swoich włosach.

Zacznę od tego, że moje włosy przeszły w młodości ogromne tortury, które sama im fundowałam przez swoją  niewiedzę. Rozjaśnianie, prostowanie , suszenie i nieudolne używanie szczotki do włosów sprawiły , że do teraz ciężko mi je zregenerować. W efekcie mam przesuszone włosy pozbawione blasku. Po odstawieniu rozjaśniacza było mi ciężko pogodzić się z tym, że już po paru myciach pojawia się na mojej głowie coraz więcej żółtych tonów i przed następną wizytą u fryzjera byłam już praktycznie rudzielcem. Nie chciałam stosować płukanek, ponieważ strasznie wysuszały mi włosy, więc zaczęłam szukać czegoś w zastępstwie.
Przeglądając miesiąc temu oferty sklepów internetowych postanowiłam spróbować paru kosmetyków z Matrix`a przeznaczonych właśnie do blond pasemek. Wybrałam szampon do włosów Total Results Color Care So Silver, Odżywkę Blond Care i kurację regenerującą Pro Solutionst 5+ Protopak.
   


Szampon ( ok 22 zł.) ma przyjemny zapach, dobrze się pieni i delikatnie redukuje żółte tony. Niestety przy regularnym stosowaniu wysusza włosy, dlatego stosuję go raz na dwa-trzy mycia. Spełnia swoją funkcję i na pewno nie raz do niego wrócę.





















Odżywka ( ok. 54 zł)  jak najbardziej na plus. Ma piękny zapach. Po umyciu włosów czuję się jak po wizycie u fryzjera. Dla mnie duży pozytyw za to, że nie obciąża włosów i sprawia, że bardzo łatwo się rozczesują. Jest niesamowicie wydajna, więc nie żałuję pieniędzy na nią wydanych. Litrowa butelka starczy mi pewnie na rok czasu:). Po miesiącu widzę, jak podbija jasne refleksy. Tydzień temu mój facet zapytał czy byłam u fryzjera, bo moje włosy nie są już rudawe. To chyba najlepsze podsumowanie :) Moim zdaniem- warto przetestować.


















Co do Regeneracyjnej maski (ok 47 zł za 500 ml)  niewiele mogę napisać. Stosowałam ją jak na razie tylko jeden raz, więc opiszę go po dłuższym stosowaniu.
Może Wy macie jakieś sprawdzone kosmetyki do włosów blond, które mogłybyście polecić? Wciąż szukam ideału... Pozdrawiam:)

sobota, 14 grudnia 2013

Recenzja HEMP HAND PROTECTOR - Moje KWC wśród kremów do rąk...

Po raz kolejny pojawiam się na blogu z kosmetykiem The Body Shop :) Tym razem w roli głównego bohatera występuje krem do rąk. Hemp Hand Protector to dla mnie niewątpliwie największe KWC jeśli chodzi o pielęgnacje dłoni. Muszę przyznać, że próbowałam już na prawdę tylu kremów  i za każdym razem znajdowałam jakieś mankamenty, które sprawiały, że swojego pewniaka szukałam aż do teraz. Przez przypadek trafiłam na tą pozycję przy okazji kupna mojego masła żurawinowego (recenzja tutaj: http://smookyloverin.blogspot.de/2013/12/recenzja-body-shop-cranberry-joy-maso-i.html ) . Ekspedientka poradziła mi, żebym spróbowała, bo to dobry kosmetyk dla na prawdę przesuszonej skóry dłoni. Na początku wahałam się, bo 10 euro za krem do rąk to już chyba lekka przesada.Zaryzykowałam i się nie zawiodłam.
Jest bardzo gęsty - na zdjęciu poniżej możecie zauważyć, że ma konsystencję dosyć zwartej pasty. Bardzo szybko się wchłania pozostawiając delikatną warstwę chroniącą skórę. Przez swoją konsystencję jest bardzo wydajny.Dzięki zawartości olejku z nasion marihuany ma dużą zawartość kwasów tłuszczowych, co wpływa na jego silne właściwości nawilżające. Regularnie stosując widzę znaczną poprawę w stanie moich dłoni. Dla mnie jest to kosmetyk warty polecenia.Uważam , że można się w nim zakochać. Jeęli jednak oczekujecie od kosmetyku cudownego zapachu- niestety tu się zawiedziecie-no chyba , że lubicie zapach konopii lub  ziołowe klimaty. Tutaj są one bardzo wyczuwalne i na początku dosyć mocno drażniła mnie ta woń  , ale działanie rekompensuje mi tę drobną wadę kosmetyku.
Do wyboru macie 30 ml za 6 euro lub 100 ml ( które ja kupiłam- bo się opłaca:)) za 12 euro.
Z czystym sumieniem polecam!

Żele pod prysznic Balea i mój wiśniowy faworyt...


Po raz pierwszy z kosmetykami firmy Balea miałam styczność po mojej przeprowadzce do Niemiec- dokładnie dwa lata temu. Udałam się wtedy do niemieckiej drogerii "DM" w celu zakupienia lakierów do paznkci "P2". Pamiętam przy okazji wzięłam do koszyka jeden żeli pod prysznic Balei. Bardzo niska cena - 0,65 euro była wystarczającym powodem, żeby ten właśnie kosmetyk znalazł się ze mną pod prysznicem:). Od tamtej chwili nie wyobrażam sobie już kupować nic innego. 

Prawie wszystkie żele z Balei mają krztałt trapezu. Od razu można na nie zwrócić uwagę, bo ich szata graficzna jest wprost obłędna. Soczyste owoce, eleganckie wzory- wszystko zależy od zapachu. Moim ulubieńcem tego miesiąca jest Abend Rot, w którym wyraźnie wyczuwam wiśnię. Zapach jest cudowny i kojarzy mi się z kisielem i kwitnącą wiśnią :) Uwielbiam!
W żelach Balei bardzo podoba mi się to, że zapachy nie są chemiczne.Dobrze się pienią i nie przesuszają skóry .Dzięki nim kąpiel to czysta przyjemność . Jeśli mam podać choćby jeden minus, to może przyczepię się do trwałości zapachu na skórze, który znika w moim przypadku po 3-4 godzinach po kąpieli. Nie ma też zachwycającego składu, ale ja nie przykładam do tego większej wagi.  Za tę niską  cenę nie zamieniłabym i nie zamienię go na żaden inny żel pod prysznic:)) Wszystkim tym, którzy mają okazję wypróbować - z czystym sumieniem polecam:))


czwartek, 12 grudnia 2013

Kilka drobiazgów z Primarka

Odkąd mieszkam w Niemczech raz na miesiąc pojawiam się w Primarku. Ostatnim razem kupiłam pare drobiazgów za nieduże pieniądze.  Nic strasznie szałowego, ale tego ostatnio szukałam:)
Niestety wizyty w uwielbianym przeze mnie sklepie nie należą do nadzwyczaj odprężających, bo zazwyczaj pojawiam się tam w sobotę i przez znaczną większość czasu przeciskam się pomiędzy setkami ludzi, lub przekopuję sterty ciuchów, porozrzucanych przez innych na wszelkie strony świata w poszukiwaniu swojego rozmiaru. Jak ja współczuję pracownikom Primarka....
Ilekroć jestem w Primarku, zawsze kupuje jakieś świece. Moim zdaniem pełnią tylko funkcję dekoracyjną, bo choć zapachowe- żadnego aromatu nie wyczuwam podczas palenia. Te w puszkach wzięłam, ponieważ po zużyciu opakowanie przyda mi się do przechowywania jakichś drobiazgów. Koszt 4 euro/sztuka



Zawsze do koszyka wkładam również biżuterię, z której jestem zawsze zadowolona. Za kolczyki imitujące złote i perełki zapłaciłam po 1,50 euro za komplet. Za bransoletki ( do kompletu brakuje jednej- za wszystkie trzy 3 euro) i "srebrne" kolczyki 3 euro. W rzeczywistości wyglądają dużo ładniej, ale niestety póki co zdjęcia na bloga robię aparatem z komórki:/

Na samym końcu wzięłam jeszcze kapcie z motywem zimowym ( 3 euro) , które zmieniam co miesiąc, bo niestety na moich stopach w kapciach ze stali zrobiłabym dziurę:))

Na co według Was zwrócić w Primarku uwagę? Co Wy polecacie?
Pozdrawiam! :**

Obseruj mnie na Bloglovin

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...